ZOBACZ: Wojna w Ukrainie. Zaskoczenie w Łymanie. Nikt im nie powiedział, że przez dobę mieszkali w Rosji . W budynku znaleziono pudełko pełne wyrwanych złotych zębów, przedmioty wykorzystywane do gwałtów. Odkryto także maskę gazową, w której ofiary były grzebane. Pod maskę wkładano także tlącą się szmatę. MORDY NA LUDNOŚCI UKRAIŃSKIEJ W RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ 1944-1947. ADAMÓWKA. 13 zostało rozstrzelanych, 2 żywcem zakopano w ziemi, 1 został skazany na W 2007 roku odkryto zarażone świnie w Gruzji, a ASF szybko przeniósł się na sąsiednie państwa – Armenię, Azerbejdżan, Iran, Białoruś i Rosję. Wektorami choroby były zazwyczaj dziki. W Polsce pomór pojawił się w lutym 2014 roku we wschodniej części kraju, przy granicy z Białorusią. Od tego czasu ASF systematycznie posuwała Placówki budowano najczęściej w znacznej odległości od rezerwatów Indian, by maksymalnie utrudnić uczniom kontakty z rodzinami. Dodatkowo poprawka z 1894 r. wprowadziła obowiązek szkolny dla wszystkich indiańskich dzieci w Kanadzie – do tej pory szkoła była bowiem dobrowolna. Od lat czterdziestych XX wieku stopniowo znoszono Archeolodzy natrafili na niezwykły rytuał. Chińczycy grzebali wojowników żywcem. Archeolodzy natrafili na niezwykły rytuał. W pobliżu ruin starożytnego miasta Yin, będącego stolicą dynastii Shang panującej od ok. 1600 r. p.n.e. do 1046 r. p.n.e. dokonano nietypowego odkrycia. Chodzi o pochodzące sprzed trzech tysięcy lat miejsca Nie tylko Jedwabne. 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem grupa polskiej ludności zamordowała co najmniej 340 żydowskich sąsiadów – ustalił w śledztwie Instytut Pamięci Narodowej. Większość – kobiety, mężczyźni i dzieci – została spalona żywcem w stodole. Wystawała tylko głowa. Do zdarzenia doszło w Poznaniu. Policjanci z Poznania poszukują kobiety, która może mieć związek ze sprawą zakopania psa żywcem. Czworonoga udało się GbfHcW. 28 października 2020, 09:20 Ten tekst przeczytasz w mniej niż minutę Seul / ShutterStock Śledczy ustalili, że śmierć 17-latka, która wywołała w Korei Płd. obawy o bezpieczeństwo szczepionek na grypę, nie była związana ze szczepieniem, lecz wynikała z zatrucia inną substancją, którą chłopak kupił w internecie – podał w środę dziennik „Dzoson Ilbo”. „W jego żołądku znaleziono dużą ilość azotynu. Potwierdziliśmy, że przed śmiercią zamówił tę substancję przez internet” – powiedział po sekcji zwłok cytowany przez gazetę rzecznik policji. Według policjantów śmierć chłopaka mogła być samobójstwem, ale nie wykluczają też, że mógł pomylić kupioną przez siebie substancję z solą lub cukrem. Azotyn sodu używany jest do peklowania mięsa, ale w dużych ilościach może być toksyczny. Do północy z niedzieli na poniedziałek w Korei Płd. odnotowano łącznie 59 zgonów wśród osób zaszczepionych niedawno przeciwko grypie. Przypadki te wywołały obawy o bezpieczeństwo szczepionek i apele lekarzy o tymczasowe zawieszenie rządowego programu bezpłatnych szczepień, który ma odciążyć służbę zdrowia w czasie pandemii Covid-19. W większości przypadków zmarłymi były osoby po 70. lub 80. roku życia, a wiele z nich cierpiało na schorzenia współistniejące. Koreańska Agencja Kontroli Chorób (KDCA) oświadczyła w ubiegłym tygodniu, że nie wykryto bezpośredniego związku między zgonami a szczepionkami, a program szczepień nie został przerwany. Andrzej Borowiak (PAP) Zobacz więcej Przejdź do strony głównej "Obudził mnie głośny huk. Rytmicznie przybierał na sile, aż przeszedł w metaliczny łoskot. Półprzytomny spojrzałem na zegarek: trzecia nad ranem. Mnisi rozpoczęli ceremonię instrumentów, czyli za 15 minut muszę być gotowy do wyjścia…" Choć - planując podróż dookoła świata - przeszło mi to przez myśl i trochę o tym czytałem, finalnie nie zaplanowałem pobytu w świątyni. Zarzuciłem temat i leżał sobie odłogiem... Gdy jednak zbierałem się do wyjazdu z Japonii i zaczynałem rozglądać się za noclegami w Korei Południowej, przypadkiem trafiłem na wzmiankę o Templestay Week - akurat w tym czasie odbywała się akcja promująca odwiedziny i krótkie pobyty w koreańskich świątyniach. Za jedną piątą regularnej ceny można przez chwilę żyć jak buddyjski mnich - ze wszystkimi tego plusami i minusami. Potraktowałem to jako to znak: cena świetna (równa noclegowi w seulskim hostelu), doświadczenie (mam nadzieję) niezapomniane i wreszcie coś całkowicie nowego - rezerwuję! DZIEŃ 1 Pociąg szybkiej koreańskiej kolei zostawia mnie na pustym peronie 200 kilometrów od Seulu. Dalej jadę niewielki, lokalnym autobusem, który podwozi mnie do schludnego parku u podnóży góry Hwangaksan - na jej zboczu kryje się bajkowa świątynia Jikjisa. To bardzo ważny ośrodek koreańskiego buddyzmu - założona w 418 roku, dotkliwie zniszczona podczas japońskiej inwazji na Koreę i odbudowana na początku XVII wieku, jest dziś odwiedzana przez tłumy Koreańczyków. Od świątynnej bramy, pomalowanej w sceny z życia Buddy, dzieli mnie przyjemny (choć trochę męczący) 15-minutowy spacer - czerwieniejące, jesienne drzewa wynagradzają jednak cały wysiłek. - Witam w Jikjisa! Proszę, wejdź - wita mnie wesoła Hally, która odpowiada w świątyni za program Templestay. Podpisuję się na liście, dostaję broszurę informacyjną i wyblakły, pomarańczowy strój mnicha-adepta. - Chodźmy, pokażę ci twój pokój. Możesz teraz chwilę odpocząć. Później oprowadzę cię po świątyni, a po południu zjemy obiad. Pamiętaj proszę, żeby na terenie świątyni nosić ten strój, a mnichów pozdrawiać ukłonem. O, w ten sposób, z rękoma przy klatce piersiowej - próbuję, co niezwykle bawi Hally. - Nie aż tak nisko! Półukłon wystarczy - poucza mnie uroczym, łamanym angielskim. Mój i trzy inne pokoje mieszczą się w schludnym, drewnianym pawilonie. Który stoi przy głównym i najważniejszym dziedzińcu klasztoru. Najważniejsza i najstarsza świątynia kompleksu - niemal przed moimi drzwiami. To tu mnisi oddają 108 pokłonów. Mój pokój mieści się w niewielkim pawilonie na głównym dziedzińcu świątyni - przez papierowe, przesuwane drzwi widzę kolorowe drzewa, główny ołtarz i dwa zabytkowe obeliski, o których - jak się później dowiaduję - Koreańczycy uczą się na lekcjach historii. Według planu dnia jest teraz czas na zapoznanie się z innymi członkami programu, ale jestem w świątynia sam, więc zakładam swój nowy strój - szerokie spodnie i luźną koszulę - i idę na krótki spacer. Okolica jest naprawdę przepiękna! Jikjisa jest niezwykle popularna wśród Koreańczyków, którzy naprawdę licznie ją odwiedzają (i dla których byłem nie lada rozrywką). Chwilę przed 17:00 Hally zabiera mnie na stołówkę, gdzie mam pół godziny na obiad - to będzie ostatni posiłek tego dnia. Mnisi jedzą go razem z nami, jednak w innej części pomieszczenia, więc nie mogę ich poobserwować. Wegański posiłek składa się z ryżu, tofu i kilku rodzajów kimchi, czyli koreańskich pikli i kiszonek. Dostaję też prostą, lekką zupę, w zasadzie bulion warzywno-grzybowy. Do tego mnóstwo świeżej kolendry (z korzonkami), która ma oczyszczać krew i czarkę bardzo słabej herbaty. Przezornie zjadam podwójną porcję ryżu i idę z Hally przed niewielką wiatę niedaleko budynku stołówki, gdzie mnisi zaczęli już ceremonię instrumentów - odbywa się ona dwa razy dziennie i jutro brutalnie obudzi mnie o 03:00 nad ranem. Pod strzelistym dachem z ciemnej dachówki wiszą wielki bęben, metalowy gong i duża, drewniana ryba. - Mnich uderza kolejno we wszystkie instrumenty, zaczynając od bębna. Odgłos niesie się po całej dolinie i symbolizuje modlitwę za dusze naszych przodków oraz cierpiących zwierząt - tłumaczy mi Hally szeptem, a ja mam nieodparte wrażenie, że dowiedziałbym się dużo więcej, gdyby nie ta nieszczęsna bariera językowa. Co za pech! Po niespełna pół godzinie mnisi oddalają się szybkim krokiem w stronę głównego ołtarza, gdzie - jak co dzień o tej porze - oddadzą 108 pokłonów przed posągiem buddy, w trakcie których będą niskim głosem intonować tekst ze świętych, buddyjskich ksiąg. Rytmiczność i energiczność modlitwy (pełny pokłon zaczyna się stojąc, później się klęka, opiera łokcie na podłodze, następnie dotyka się czołem ziemi i unosi się dłonie na wysokość uszu) ma ułatwić oczyszczenie umysłu, odgonienie złych myśli i skupienie uwagi. Jako turysta i żółtodziób jestem zwolniony z tej części dnia. - Połóż się już spać, czeka cię bardzo wczesna pobudka! - macha mi na do widzenia Hally i dołącza do mnichów. Bardzo chętnie, myślę sobie, ale jest dopiero 18:00 i nie wiem, jak miałbym zasnąć. Gdy jednak wracam do pokoju, typowa dla Korei podgrzewana podłoga robi swoje - mój cienki materac, który leży bezpośrednio na niej, jest przyjemnie ciepły, więc odpływam w okamgnieniu. DZIEŃ 2 Gdy w półśnie udaje mi się wreszcie założyć luźne i szerokie spodnie, słyszę przed drzwiami kroki. Zrywam się i wychodzę w ciemną, zimną noc. Kieruję się w stronę światła, które sączy się z głównego ołtarza. Zostawiam buty na zewnątrz i przez niewielkie drzwi wchodzę chłodnego pomieszczenia, które pachnie kadzidłami i starym drewnem. Światło świec odbija się od posągów i zdobień, więc w całym pomieszczeniu migoczą złote refleksy. Hally przygotowała mi matę, na którą bezgłośnie wskazuje, gdy tylko pojawiam się w świątyni. Zajmuję swoje miejsce i wsłuchując się w gardłowy śpiew mnichów, pokracznie próbuję naśladować Hally i powtarzać ruchy pełnego pokłonu. Choć nie mam pojęcia, o czym jest intonacja (przyznaję się, nie przeczytałem broszury), jej rytmiczność pozwala mi skupić się na własnych myślach - w dość osobliwym stanie, w lekkim półśnie, z obolałymi kolanami i skostniałymi dłońmi, myślę nad wszystkim, co doprowadziło mnie w to miejsce. Ciężko mi i zimno, ale w gruncie rzeczy przyjemnie: odpływam spokojnie w głębokiej refleksji, a zapach kadzideł i gardłowy śpiew mnichów wibrują mi w głowie. Gdy godzinę później ceremonia dobiega końca, Hally prowadzi mnie do małej świątynki opartej o ścianę lasu - czas na poranną medytację. W słabym świetle latarki idziemy szybko po wysokich, kamiennych stopniach, pokrytych równo mokrymi liśćmi. Mam szczęście, bo jestem jedynym gościem nocującym w klasztorze, więc zamiast normalnej, grupowej medytacji, ląduję na prywatnej lekcji u jednego z mnichów. Siedzimy na przeciwko siebie w małym, ciemnym wnętrzu - ja po turecku, on w pozycji lotosu - a wokół tlą się kadzidła i migoczą płomienie świec. Słucham o buddyzmie, medytacji i dyscyplinie umysłu, a w duszy nie mogę przestać się uśmiechać - czy to nie jest cudowne? Dla takich chwil warto jechać na drugi koniec świata, warto rzucać pracę, wywracać życie do góry nogami i zapuszczać się głęboko na koreańską prowincję. Dochodzi 06:00 i mam teraz czas na odpoczynek przed śniadaniem. W moim przypadku oznacza to jedno - głęboki sen. W tej niewielkiej świątynce na obrzeżach kompleksu odbyła się moja prywatna lekcja medytacji. Dla koreańskich świątyń buddyjskich typowe są bardzo kolorowe i misterne zdobienia. Po śniadaniu - które od obiadu różni się tym, że ryż podano w formie ciepłego kleiku - czeka mnie jeszcze jeden element programu: medytacja podczas spaceru. Medytacja nie jest zależna od czynności, którą się wykonuje, a buddyści starają się ją uprawiać możliwie najczęściej - to ich podstawowe narzędzie oczyszczania umysłu. Idę więc z jednym z mnichów stromą dróżką w stronę szczytu Hwangaksan i w ciszy podziwiam piękną przyrodę. Koreańska jesień, podobnie jak japońska, jest niezwykle malownicza. A może to po prostu jesień w górach? Otaczające nas szczyty przykryte są chmurami, przez które delikatnie przebija się słońce. Wokół słychać śpiew ptaków i szum wody. Jest cicho i przyjemnie, a po kilkunastu minutach czuję się wypoczęty tak, ja gdybym spędził tu co najmniej tydzień. Po 40 minutach docieramy do małej świątynki schowanej w lesie, gdzie jej opiekunka - mniszka z Birmy - częstuje nas zieloną herbatą i świeżym ciastem ryżowym. Nie rozumiemy się nawzajem zupełnie, ale uniwersalne gesty i mnóstwo uśmiechu wystarczą. Na pożegnanie dostaję małą, zieloną czarkę do herbaty, której glazura zdążyła się już pokryć pajęczyną pęknięć oraz głęboki ukłon, gest szacunku i znak pokoju. Odwzajemniam go najlepiej jak potrafię, macham z uśmiechem na do widzenia i dołączam do mnicha na ścieżce prowadzącej w dół. Jestem kompletnie zachwycony i w tym stanie wesołego oczarowania dopakowuję później swój bagaż i żegnam się z Hally, dziękując jej za gościnę. Już teraz wiem, że to będzie jedno z najfajniejszych wspomnień mojej podróży... Moje niecodzienne pamiątki: buddyjski "różaniec" (żeby nie zgubić rachuby przy 108 pokłonach) i tradycyjna czarka do herbaty. INFORMACJE PRAKTYCZNE JAK I KIEDY JECHAĆ: Z Polski do Seulu lata bezpośrednio LOT. Największe europejskie linie lotnicze oferują połączenia z przesiadką. W zależności od wybranej świątyni, dotrzesz do niej dobrze rozwiniętą siecią kolejową lub autobusową (jedna i druga na wysokim poziomie, TU znajdziesz więcej informacji). Świątynie zapewniają szczegóły dojazdu. Klimat Korei Południowej jest przyjemny wiosną i jesienią. Lato jest parne (i deszczowe), zima - zimna, zwłaszcza w północnej części kraju. TEMPLESTAY: O pobycie w koreańskiej świątyni przeczytasz na - na stronie dostępne są informacje praktyczne, a także lista dostępnych świątyń (dość długa). Programy są z reguły oddzielne dla obcokrajowców i Koreańczyków, zdarzają się jednak mieszane. Cena za 2 dni i 1 noc (w tym 3 posiłki) to 5000 KRW (ok. 170 zł). Programy różnią się w zależności od świątyń: są mniej ub bardziej rozbudowane, czasem dość restrykcyjne, a czasem liberalne. Warto śledzić aktualności na stronie, bo rezerwując pobyt w czasie Templestay Week zapłacisz tylko 1/5 regularnej ceny. Jedzenie oczywiście bezmięsne, a jeśli zdecydujesz się wybrać świątynię w górach, warto wziąć wygodne buty. W weekend w wielu miastach odbyły się manifestacje zwolenników i przeciwników przyjęcia uchodźców w Polsce. W weekendowej kolejce Ekstraklasy kibice dali upust swoim opiniom. Na meczu Pogoni krzyczeli "Islamskie świnie, nie chcemy was tu w Szczecinie".Takie incydenty i podobne okrzyki można było usłyszeć na wielu polskich stadionach w ten dla nas oczywiste i proste - nie chcemy uchodźców w Polsce - taki transparent wywieszono podczas meczu Lecha Poznań z Podbeskidzie Bielsko-Biała. Pojawiały też się okrzyki "wyp... z uchodźcami". Natomiast na meczu Śląska Wrocław kibice krzyczeli "Jeb** Araba".Na niedzielnym meczu Pogoni Szczecin z Piastem Gliwice krzyczano "Islamskie świnie, nie chcemy was tu w Szczecinie". Komisja Ligi nie zamierza tego tak zostawić i żąda od klubów, w tym także Pogoni Szczecin, o wyjaśnienia w tej sprawie. Posiedzenie Komisji Ligi odbędzie się w środę. Możliwe, że kluby zostaną ukarane za zachowanie kibiców. Tymczasem w Europie niektóre kluby zachęcają do pomocy uchodźcom. Klub FC Porto che, aby każdy z klubów grających w Lidze Mistrzów w dwóch pierwszych kolejkach przeznaczył po 1 euro od sprzedanego biletu na pomoc uchodźcom. Świnie to jedne ze zwierząt o najgorszej reputacji. Uważa się je za brudne i głupie, dla wielu są po prostu nieinteresujące. Na szczęście ich postrzeganie szybko się zmienia. Coraz więcej osób wie już, że są to stworzenia wyjątkowo czyste, a inteligencją przewyższają psy. Wciąż jednak mało mówi się o innych cechach świń. Fot. Compassion In World Farming Oto 6 faktów, o których mogliście nie mieć pojęcia: Świnie uwielbiają się bawić Internet pełen jest rozczulających filmików, pokazujących prosiaczki bawiące się ze sobą. Nawet dorosłe świnie spędzają połowę czasu na zabawie, choć w ich przypadku najczęściej przyjmuje ona formę gryzienia i rycia. Świnie nauczyły się nawet grać w gry wideo za pomocą joysticka. Początkowo gry były proste, a za ich poprawne wykonanie zwierzęta nagradzano. Szybko jednak zaczęto je komplikować. Gry wyraźnie sprawiały im przyjemność – nie przerywały grania nawet wtedy, gdy przestano je nagradzać. Okazują sobie uczucia i wyrażają wiele emocji Są niezwykle towarzyskie i posiadają swoje sympatie, otwarcie okazują uczucia. Towarzystwo innych świń jest dla nich bardzo ważne, ale jako przyjacielskie stworzenia kolegują się też z osobnikami innych gatunków. Znane są historie świń, które uratowały swoich przyjaciół: jedna uratowała chłopca od utonięcia, inna doprowadziła strażaków do cielaka uwięzionego w płonącej oborze. Odczuwają emocje podobnie jak człowiek: radość, smutek, złość i wiele innych. Niektórzy opiekunowie świń wspominają też, że kiedy są niezadowolone potrafią to okazać wprost, strzelając focha. Każda ma inną osobowość Także pod tym względem świnie niewiele różnią się od ludzi. Wśród nich można wyróżnić te odważniejsze i te bardziej ostrożne, te żywiołowe i te spokojniejsze, te wolące zabawę i miłośniczki drapania po brzuszku. Choć właściwie to chyba wszystkie świnie uwielbiają drapanie po brzuszku. Zdarzają się też te złośliwe, mogą połączyć się w gangi z im podobnymi i dręczyć inną świnię. Uwielbiają odkrywać nowe rzeczy Badanie otoczenia to kolejny punkt, któremu świnie poświęcają wiele czasu. Jak na inteligentne istoty przystało, szybko się nudzą i wciąż szukają nowych wrażeń. Ta sama zabawka po jednym dniu jest już mało interesująca, a im więcej nowości tym lepiej. „Zarażają się” emocjami między sobą Emocje odczuwane przez jedną świnię mogą zostać przejęte przez inną. Badania prowadzone pod tym kątem dały zaskakujące wyniki. Część świń uczono przewidywania, czy za chwilę nastąpi coś przyjemnego (nagroda, smakołyk), czy wręcz przeciwnie (odłączenie od stada). Inne z kolei nie były w żaden sposób szkolone. Okazało się, że gdy nietrenowane miały kontakt z wytrenowanymi, przejmowały ich zachowania, takie jak położenie uszu i ogona, a nawet zwiększone wydzielanie kortyzolu – hormonu stresu. Możemy sobie jedynie wyobrazić, jak strach jednej świni z fermy przemysłowej wpływa na inne. Potrafią przyjąć perspektywę innej świni lub nawet człowieka Są w stanie odczytać emocje i intencje innej świni lub człowieka wnioskując z ruchu oczu czy pozycji głowy. Okazuje się także, że potrafią zrozumieć, co oznacza wskazywanie na dany obiekt (np. palcem, żeby pokazać, że coś się pod nim kryje), a nawet same mogą wskazywać. Uważa się także, że są zdolne do odczuwania empatii. Kolejne badania udowodniają, że świnie są o wiele bardziej fascynujące, niż można by przypuszczać. Na pewno te zwierzęta jeszcze niejednym nas zaskoczą. Przeczytaj inne nasze wpisy o świniach: Świnie mają klasę! Czy świnia może mieć nastrój? Otwarte KlatkiNaszym celem jest zapobieganie cierpieniu zwierząt poprzez wprowadzanie systemowych zmian społecznych, dokumentowanie warunków chowu przemysłowego oraz edukację promującą pozytywne postawy wobec zwierząt. Z okazji 75. rocznicy utworzenia Partii Pracy Korei miała zakończyć się budowa szpitala centralnego w Pjongjangu. Z informacji, jakie dotarły do Korei Południowej wynika, że owszem gotowa jest fasada szpitala, ale najprawdopodobniej budynek jest w środku pusty. Trudno o lepszą metaforę stanu północnokoreańskiej służby zdrowia w obliczu pandemii – fasada jest piękna, ale nic się za nią nie kryje – mówi znawca Korei Północnej Nicolas Levi. Kim Dzong Un uronił łzy na oczach całego narodu. Czy to znaczy, że w Korei Północnej dzieje się coś, czego nie wiemy? Nicolas Levi: W sobotę 10 października w Pjongjangu odbyła się parada wojskowa z okazji 75. rocznicy utworzenia Partii Pracy Korei. Rzeczywiście podczas tego wydarzenia doszło do sytuacji nadzwyczajnej – i to z wielu powodów. Po pierwsze przywódca Korei Północnej miał łzy w oczach, można powiedzieć nawet, że przez chwilę zapłakał. A to zdarza się niezwykle rzadko – ostatnio płakał bowiem na pogrzebie swego ojca Kim Dzong Ila w grudniu 2011 roku. Po drugie na paradzie Kim Dzong Un wyraził skruchę z powodu ciężkiej sytuacji kraju spowodowanego restrykcjami wprowadzonymi z powodu pandemii. Zrobił to zresztą po raz drugi w ciągu ostatnich kilku tygodni, bo pod koniec września wyraził żal i ubolewanie z powodu zastrzelenia urzędnika z Korei Południowej przez północnokoreańskich żołnierzy. Trzeba wiedzieć, że przywódca Korei Północnej zwykle za nic nie przeprasza. Więc to wyrażanie skruchy nawet mnie, badacza, mocno zaskoczyło. Co więcej na paradzie Kim Dzong Un powiedział, że jest gotów pomóc światu w walce z koronawirusem…

świnie grzebane żywcem w korei